Podróże władcy dawały poddanym możliwość ujrzenia na własne oczy królewskiego majestatu, a przy okazji umacniały więź z królem. Dla mieszkańców wiosek i miast wizyta królewska była wydarzeniem pamiętanym przez dziesiątki lat, choć niewykluczone, że mieszkańcom np. obecnego Kamieńczyka czy Ostrowi Mazowieckiej, władca tak się opatrzył, że nie widzieli w tym nic nadzwyczajnego, a niewykluczone, że nawet narzekali na towarzyszący takim odwiedzinom rejwach i harmider, a szczególnie na fakt, że starosta gonił ich do naprawiania traktów, mostków i grobelek, a i domy musiały godnie się prezentować – przynajmniej od frontu. Mieszkańcom miast królewskich, czyli m.in Kamieńczyka, Nura i Ostrowi wiele uciążliwości sprawiał obowiązek dawania podwody.
Z pewnością powodów do narzekań nie mieli żebracy, bo przecież chrześcijański władca był zobowiązany religią i tradycją do udzielania wsparcia biedakom. Przed rozpoczęciem kolejnego etapu podróży, na jednego z dworaków pokojowców (łac. cubiculares) nakładano obowiązek rozdawania jałmużny i określano jej wysokość. W większość przypadków nie była to kwota zapierająca dech w piersiach, bo raptem 1 zł, czyli 30 gr. Możemy się domyślać, że sumę tę pokojowiec otrzymywał nie w groszach, ale mieszek wypełniało 540 denarów.